facebook
plakat

plakat

Etiuda&Anima

24. Międzynarodowy Festiwal Filmowy
21 - 26. 11. 2017

en
Etiuda&anima newsletter

Rozwiń Menu

Zwiń Menu

Z prasy

Między pierwszym a drugim dziesięcioleciem Etiudy. Z Bogusławem Zmudzińskim, dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Etiuda rozmawia Szymon Pasaj, „Kwartalnik filmowy” 2005, nr 49 – 50, s. 302, 304.

„Szymon Pasaj: Czy w jakiś szczególny sposób zapamiętał Pan pierwszą Etiudę?

Bogusław Zmudziński: Bardzo silnym przeżyciem było – zapewne nie tylko dla mnie – spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim. Nie wiedzieliśmy przecież jeszcze wtedy jak bardzo jest chory. Miałem dla niego ogromny szacunek i to jeszcze z czasów jego sukcesów na krakowskich festiwalach. Szczerze mówiąc bardziej ceniłem jego prace dokumentalne, niż osiągnięcia w fabule. Jego dokumenty to jest absolutna klasyka, nie tylko polskiego, ale i światowego kina. Przebieg spotkania był chyba dość typowy dla Kieślowskiego. Był na początku jakby usztywniony, bardzo zmęczony, nie bardzo zainteresowany moim zagajającym pytaniem, widać było, że ciekawi go wyłącznie reakcja publiczności, która właśnie obejrzała jego filmy. I zdarzyło się coś, co po dziś dzień traktuję niejako symbolicznie. Zepsuł się mikrofon, co jak wiesz w „Rotundzie” zdarza się niestety często. Kieślowski spojrzał na publiczność i powiedział: świetnie, wreszcie będziemy mogli porozmawiać normalnie! Potem wyjaśnił, choć nie deklarował niczego, że interesuje go już tyko rozmowa z widzem, z drugim człowiekiem, bez pośrednictwa jakiegokolwiek medium. Jestem tu skłonny przyznawać rację tym, którzy uważają, że Kieślowski przed śmiercią porzucił kino. Uznał, że kino się wyczerpało dla niego jako twórcy, jako sposób rozmowy z widzem. W Krakowie wyraźnie to podkreślił, że już nie chce za pośrednictwem filmowego medium komunikować się z kimkolwiek. Po prostu wyszedł przed stół i zaczęła się zwyczajna rozmowa o kinie i o życiu.
Pamiętam to spotkanie, także ze względu na pytania związane z pokazanym właśnie „Szpitalem”, z pamiętną sceną złamanego młotka chirurgicznego, sceną traktowaną jako bardzo znamienna dla warunków w jakich pracowała już wówczas nasza służba zdrowia. Ile metrów taśmy filmowej trzeba było użyć, aby doczekać do takiego zdarzenia na planie? A może ileż artystycznego fartu potrzeba, aby taką scenę zarejestrować? Kieślowski wyjaśnił, że kiedy zjawił się w szpitalu z ekipą filmową, chirurdzy opowiedzieli mu historię, jak w trakcie operacji, podczas dłutowania kolana, złamał się młotek chirurgiczny. Nie wiem czy kiedykolwiek to w ten sposób skomentował, u nas dał jednak wyraźnie do zrozumienia, iż zdaje sobie sprawę, że rejestracja tej słynnej sceny nie była przypadkowa, że ci chirurdzy poczuli się realizatorami filmowanej sceny i mu to bez jego wiedzy zainscenizowali. On jako dokumentalista był w porządku, natomiast oni zabawili się w reżyserów tej sytuacji. Niemal dwa lata później do Krakowa, na spotkanie w Instytucie Goethego przyjechał Marcel Łoziński. W prywatnej rozmowie powiedział mi, że jest pełen obaw, bo nazajutrz Krzysztof idzie do szpitala na operację serca. W dwa dni później Kieślowski już nie żył. Pierwsza Etiuda zawsze kojarzyć mi się będzie z Kieślowskim i z tym ostatnim spotkaniem. (…)

SzP: Etiuda ‘96 przynosi również bardzo owocny początek współpracy z Krakowskimi Warsztatami Filmu Animowanego. Jak powstały Warsztaty?

BZ: W 1996 r. szwajcarska Fundacja Pro Helvetia rozpoczęła realizację 3-letniego międzynarodowego projektu kulturalnego Wschód – Zachód. Profesjonalna firma konsultingowa z Zurichu wybrała wśród różnych projektów kulturalnych i zaakceptowała do realizacji projekt prof. Jerzego Kuci, Myriam Pronué i mój przygotowania 6-ciu edycji Krakowskich Warsztatów Filmu Animowanego. Dostaliśmy dofinansowanie na trzy lata i wiedzieliśmy, że w ramach tych środków możemy dwa razy w roku organizować warsztaty. Pierwszy termin pozostawał w związku z terminem Etiudy, a drugi z terminem Festiwalu Filmów Krótkich. W ciągu tych lat warsztaty rozwinęły się w poważną instytucję edukacyjną. Dla rozwoju Etiudy ich istnienie miało ogromne znaczenie. Akcent merytoryczny imprez towarzyszących przesunął się wtedy wyraźnie w stronę animacji. Miałem za każdym razem możliwość zaproszenia twórców, skorzystania z obecności uczestników Warsztatów. Podczas 10-ciu edycji Warsztatów, w trakcie podsumowań okazało się, że przewinęło się przez nie ponad stu uczestników, nie mówiąc o tym, że w tym czasie wielu twórców należących do czołówki światowego filmu animowanego pojawiło się w Krakowie. Taki był początek Warsztatów, które trwają do dziś, tylko że teraz odbywają się już tylko raz do roku przed samą Etiudą.”


Jerzy Armata, Kraków metropolią krótkiego filmu, „Gazeta Wyborcza w Krakowie” 1996, nr 28. Dodatek nadzwyczajny. 100 lat kina w Polsce, Kraków, 15 listopada 1996 r. s. 2.

„Najmłodszym krakowskim festiwalem jest Etiuda (…) – czyli festiwal poświęcony twórczości studentów szkół filmowych. Jego edycje nieparzyste mają charakter przeglądów konkursowych (najlepsze filmy jury honoruje Złotymi, Srebrnymi i Brązowymi Dinozaurami), edycje parzyste są prezentacją tego, co najciekawsze w tzw. filmie szkolnym. Etiuda jest usytuowana między festiwalem amatorskim a profesjonalnym, wszak jej uczestnicy już amatorami nie są, a zawodowcami – jeszcze nie. Ostatnio Wit Dudek, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych, zaproponował organizatorom Etiudy, by nagrodzone Dinozaurami filmy automatycznie wchodziły do konkursu kierowanego przez niego festiwalu. To świetny pomysł, dodatkowo integrujący uzupełniające się imprezy.”


Trzymajcie się taśmy, Marcel Łoziński w rozmowie z Bogusławem Zmudzińskim, „Film” 1997, nr 1.

Bogusław Zmudziński: Godząc się na funkcję przewodniczącego jury Etiudy, niewiele Pan o niej wiedział. Czy teraz, po zakończeniu festiwalu, uważa Pan, że jego organizacja ma sens?

Marcel Łoziński: Nie powinniście mieć żadnych wątpliwości: ma kolosalny sens. Dla młodych realizatorów festiwal jest jedyną okazją , aby sprawdzić, jak widzowie odbierają ich pierwsze filmy.

BZ: Na festiwalach FIFREC w Nimes i MEDIASCHOOL w Łodzi przyjmuje się wyłącznie filmy zgłoszone oficjalnie przez szkoły. Zarzucano nam, że nasz regulamin, dopuszczający indywidualne zgłoszenia, jest zbyt liberalny, bo zwykle szkoła pilnuje poziomu tego, co się pokazuje na zewnątrz.

MŁ: Uważam, że przyjęta przez was formuła jest bardzo dobra, bo otwarta; filmy może zgłosić szkoła, mogą je zgłaszać sami studenci. Jeśli powołana przez was komisja selekcyjna jest kompetentna, jest to całkowicie wystarczające. Sądzę zresztą, że studenci sami powinni decydować, czy to, co robią, nadaje się do pokazania. Waszym obowiązkiem jako organizatorów jest zweryfikować ich decyzje. Niepotrzebne są żadne inne bariery.

BZ: Regulamin Etiudy dopuszcza do konkursu wyłącznie filmy zrealizowane na taśmie 35 i 16 mm. Czy w dobie wideo takie rozwiązanie nie jest anachroniczne?

MŁ: Dopóki filmy będzie się realizować na taśmie filmowej, nie ma mowy o anachronizmie. Trzymajcie się taśmy, gdyż już dzięki temu gwarantujecie festiwalowi pewien poziom. Przeciętna realizacja na wideo jest niechlujna, realizatorzy ulegają pokusie łatwej rejestracji. Realizacja filmu na taśmie podnosi poprzeczkę wymagań i dlatego uważam, że powinniście pozostać wierni dotychczasowemu rozwiązaniu. (…)

BZ: Znaleźliśmy się w sytuacji wymuszonej konkurencji z łódzkim festiwalem MEDIASCHOOL…

MŁ: Nie ma się czym przejmować… Nie ma żadnego szczególnego powodu, aby ktoś w Polsce miał mieć monopol na festiwal tego typu, i żeby to była właśnie Łódź, nawet jeśli mieści się tam szkoła filmowa. Na dobrą sprawę to Kraków, a nie Łódź, Warszawa czy inne miasto jest stolicą krótkiego metrażu. Uważam, że wasz festiwal jest doskonałym uzupełnieniem Festiwalu Filmów Krótkometrażowych.”


Katarzyna Korkuć, Krakowska Etiuda, „Opcje” 1997, nr 2, s. 50.

„Kiedy w 1994 roku Centrum Kultury „Rotunda” otwierało swoje podwoje dla gości festiwalowych Etiudy Międzynarodowy Festiwal Filmów Krótkometrażowych rozpoczynał czwarte dziesięciolecie. Od 1963 roku widzowie krakowskich festiwali mają możliwość obserwowania dokonań twórców dojrzałych i artystycznie ukształtowanych. Od 1994 roku dzięki „Rotundzie” możemy także poznać twórczość studentów szkół filmowych z całego świata.
  Krakowska Etiuda jest jednym z nielicznych festiwali, które skupiają swoją uwagę na akademickim środowisku filmowym. Celem festiwalu jest porównanie artystycznego poziomu i osiągnięć studentów poszczególnych szkół filmowych, przy czym autoprezentacja dorobku tych szkół stwarza okazję do zapoznania się z systemami kształcenia przez różne instytucje. Międzynarodowy charakter Etiudy umożliwia publiczności rejestrację wszystkich tendencji i zmian zachodzących w filmie, wszak to młodzi twórcy rozpoczynają prawie wszystkie rewolucje w sztuce.
Warto odnotować jeszcze jedną, ważną zwłaszcza dla początkujących twórców informację. Na mocy umowy z MFFK filmy nagrodzone podczas Etiudy kwalifikowane są do konkursu tego festiwalu pod warunkiem spełnienia przez nie wymogów regulaminowych.”


Barbara Kosecka, Kraków – krótki przystanek, „Opcje” 2000, nr 6, s. 85.

„Kraków przeobraża się stopniowo w stolicę krótkiego metrażu. Nie tylko za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych, na którym już od dziesiątków lat przyznawane są Złote Smoki i Lajkoniki, lecz także dzięki młodszym i coraz bardziej popularnym imprezom: festiwalowi reklamy, konkursowemu przeglądowi polskich filmów animowanych, a wreszcie festiwalowi filmów studenckich. Tej ostatniej, Etiudzie, organizowanej od siedmiu lat przez Bogusława Zmudzińskiego i Centrum Kultury Filmowej „Rotunda”, co dwa lata towarzyszy międzynarodowy konkurs filmów szkolnych, którego laureat obdarowany zostaje statuetką Złotego Dinozaura. Rokrocznie program Etiudy wzbogacają przede wszystkim przeglądy i retrospektywy: filmów animowanych i dokumentalnych, krótkich fabuł i eksperymentów, arcydzieł i etiud realizowanych w poszczególnych uczelniach; filmów średnich, krótkich i bardzo krótkich.
  Festiwale kina krótkometrażowego mają więc tę zaletę, że są niesłychanie „pakowne”. W trakcie dwugodzinnego seansu można zaprezentować całą – czy też niemal całą – twórczość wybranego reżysera filmów animowanych lub co najmniej kilka tytułów dokumentalisty; można zestawić ze sobą najlepsze etiudy nakręcone przez studentów określonej szkoły, a także pozwolić sobie na spektakularne rankingi – na przykład tzw. dziesiątki najlepszych filmów – które stały się już tradycją krakowskiego festiwalu. Dzięki temu program Etiudy może być niesłychanie bogaty, zróżnicowany, a także kontrowersyjny. Filmy konkursowe, na ogół cieszące się dużym zainteresowaniem publiczności, lecz przecież będące mniej lub bardziej udanymi próbami mocowania się z materią języka kina i z własną wyobraźnią, sąsiadują z najwybitniejszymi osiągnięciami kina w danej dziedzinie, wyświetlanymi w ramach retrospektyw lub wspomnianych „dziesiątek”. Reżyserski dorobek wybitnego dokumentalisty, realizującego filmy od kilku dekad – w tym roku niemieckiego kontynuatora tradycji cinéma vérité, Klausa Wildenhahna – z przeglądem o charakterze happeningu czy zjawiska z pogranicza kina i socjologii. Większość z nich stanowi jednak okazję do odświętnego spotkania z kinem, które spychane jest na coraz węższy margines programów telewizyjnych, a w codziennym repertuarze kin pozostaje wręcz nieobecne. Takie spotkania mają w sobie coś orzeźwiającego. Po powodzi tradycyjnych, dwugodzinnych fabuł film krótki pozwala przefiltrować umysł i wyobraźnię widza. Czasem nawet swoboda, połączona ze szczególną dyscypliną filmowej miniatury, głębiej i wyraziściej uświadamiają nam, czym tak naprawdę jest kino.”


Magdalena Lebecka, Między oczekiwaniem a spełnieniem, „Więź” 2001, nr 1, s. 164.

„Czym może być etiuda, w jakie rejony artyzmu może zawędrować młody twórca, uświadamiają studenckie filmy Skolimowskiego, „Dwaj ludzie z szafą” Polańskiego, „Śmierć prowincjała” Zanussiego. Czym jest teraz – pokazują liczne na świecie przeglądy i konkursy szkolne. (…) Okazji do stawiania takich właśnie pytań dostarcza Międzynarodowy Festiwal Filmowy Etiuda, którego siódma już edycja odbyła się w listopadzie w Krakowie – mieście w którym nie działa przecież żadna uczelnia filmowa. I ten właśnie fakt determinuje charakter festiwalu. Przeważająca większość znaczących międzynarodowych konkursów studenckich – poczdamski, praski czy łódzki „Mediaschool” – organizowana jest przy szkołach artystycznych, pod ich patronatem i w dużym stopniu dla własnej publiczności. Edukacyjnego znaczenia podobnych środowiskowych konfrontacji nie sposób przecenić, choć w tej formule czai się groźba pewnej hermetyczności. Krakowski festiwal przeciwnie – ma ambicję wpisania się w obieg kultury szerszy niż środowiskowe getto, zwraca się ku młodej inteligencji, czułej na wysublimowaną, wymagającą sztukę krótkiego metrażu, której jednym z przejawów jest właśnie film szkolny.”


Jadwiga Głowa, Potęga smaku, „Estetyka i krytyka” 2003, nr 1, s. 141 – 142.

„Atmosferę typowego europejskiego festiwalu filmów krótkometrażowych, między Tampere w Finlandii a Clermont-Ferrand we Francji, tworzy młoda publiczność, która tłumnie wypełnia sale kinowe, korytarze, schody i festiwalowe kluby. Chwilami odnosi się wrażenie, iż wszyscy ci uczniowie i studenci znaleźli tutaj azyl na czas wagarów i przez tydzień żyją wyłącznie filmem. W ten właśnie sposób żyje festiwal. Jego istnienie jest swoistym fenomenem w konsumpcyjnym świecie, w którym film niekomercyjny, bo egzystujący najczęściej poza przemysłem filmowym, nie jest także objęty reklamowymi kampaniami. Przyciągnięcie widzów do kina pozostaje za każdym razem tajemnicą organizatorów. Centrum Kultury „Rotunda” w Krakowie, jako organizator Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Etiuda, musiało znaleźć jakiś sposób, by przyciągnąć tłumy.
  Dziewiąta już Etiuda (16 – 21.11.2002 r.) rozpoczęła się imponującym pokazem najlepszych animacji lat dziewięćdziesiątych, wybranych przez Marcina Giżyckiego. Był to prawdziwie autorski pokaz największych autorów współczesnej animacji: bracia Quay, Jan Švankmajer, Michael Dudok de Wit, Paul Driessen, Konstantin Bronzit, Raul Servais, Igor Kowalow, Priit Pärn, Piotr Dumała. Na horyzoncie wyznaczonym przez mistrzów najjaśniej zaświeciła gwiazda Jerzego Kuci – „Strojenie instrumentów” uznane zostało powszechnie za film najlepszy. Na specjalne podkreślenie zasługuje fakt, iż wśród dziesięciu animacji wybranych przez Marcina Giżyckiego nie znalazł się ani jeden film zrealizowany przy pomocy komputera i najnowszej technologii elektronicznej. Twórca pokazu uznał, że intelekt wciąż liczy się bardziej niż najnowocześniejsze narzędzia.
Nie tylko intelekt. Wiele pozakonkursowych pokazów przypominało o tym, co było punktem wyjścia i prawdziwym celem kina u jego początków: tworzenie obrazów przy pomocy prostego języka. Film to przecież królestwo ruchu.”


Małgorzata Sendecka, Wprawki i eksperymenty, „Kino” 2005, nr 1, s. 41.

„Etiuda to festiwal bogaty. Nie w sensie budżetu, niestety, a programu, którego dominantą były w tym roku filmy o sztuce. Krakowscy widzowie mogli zobaczyć m.in. dziesiątkę najlepszych tytułów gatunku wybraną przez Jerzego Armatę, retrospektywę Andrzeja Papuzińskiego, zestaw autorstwa Józefa Robakowskiego, prezentację „Od Edwarda Muncha do Henri Cartier-Bressona”, poświęconą artystycznym inspiracjom laureatów Grand Prix Etiudy 1994 i 2003, Czecha Andreja Žumbergara i Słowaka Stano Petrova. A także mieszczące się w formule filmów o sztuce realizacje Christiana Boustaniego, pełniącego obowiązki szefa jury (wobec nieobecności Edwarda Żebrowskiego).
  Niezwykle interesujący okazał się zestaw filmów szkolnych zrealizowanych przez uczniów Kazimierza Karabasza, odbierającego Specjalnego Złotego Dinozaura za udane połączenie własnej działalności artystycznej z pracą pedagogiczną. Znalazły się tu nie byle jakie nazwiska, bo Marka Piwowskiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Wojciecha Wiszniewskiego, Marcela Łozińskiego, Andrzeja Barańskiego, Feliksa Falka, Lecha Majewskiego oraz Łukasza Wylężałka, Ewy Walewskiej, Piotra Trzaskalskiego, Małgorzaty Szumowskiej, Daniela Światłego, Michała Rogalskiego i Leszka Dawida. To świetny przyczynek do dyskusji o wpływie mistrzów na uczniów, jaka rozgorzała na festiwalu.
  Nie sposób wymienić tu wszystkich imprez towarzyszących. Jednak najważniejszą i najbardziej emocjonującą część festiwalu stanowił oczywiście konkurs. Rzadko kiedy tak wyraźnie jak na tegorocznej Etiudzie ujawnia się subiektywność werdyktu i jego zależność od osobowości i preferencji szefa składu sędziowskiego. Można sądzić, że pod wodzą autora „Ocalenia” i „Szpitala Przemienienia” wyrok byłby zupełnie inny. Żebrowski i Boustani wydają się stać na przeciwległych biegunach kina. Z jednej strony: filmy psychologiczne, poruszające problemy egzystencjalne, etyczne, pokazujące człowieka w sytuacjach granicznych. Z drugiej – eksperymenty formalne, próba pokazania przenikania się historii i współczesności w ciągu pięknych obrazów, koncentrowanie się na wizualnych aspektach rzeczywistości. Jakie efekty przyniosłoby starcie tych dwóch indywidualności, nigdy się nie dowiemy. Ale formalno-organizacyjne zawirowania spowodowały, że widzowie tegorocznej Etiudy mocno odczuli paradoksalny charakter jakichkolwiek konkursowych zmagań w dziedzinie sztuki.”


Magdalena Lebecka, Co może animacja, „Kino” 2006, nr 1, s. 46.

„Krakowski międzynarodowy festiwal etiud studenckich zdaniem Bogusława Zmudzińskiego, jego twórcy i dyrektora, po 11 edycjach dojrzał do radykalnych zmian. Obok konkursu szkolnych filmów dokumentalnych i fabularnych, ocenianych przez odrębne jury, wyłonił się festiwal animacji, w którym studenci stanęli do rywalizacji – bez taryfy ulgowej – z uznanymi twórcami profesjonalnymi, nierzadko z własnymi pedagogami z uczelni artystycznych. Czy zamysł rozdzielenia obydwu konkursów się powiódł? Myślę, że teraz, gdy ambitną autorską animację można oglądać jedynie na wyspecjalizowanych festiwalach w Annecy, Turku, Baden czy Hiroshimie; gdy trzeba ją żmudnie tropić w programie nielicznych kanałów telewizyjnych (bardziej skłonnych emitować, niż partycypować w kosztach produkcji), wreszcie szukać w muzeach (np. w nowo otwartej Galerii Sztuki Polskiej XX wieku w krakowskim Muzeum Narodowym, gdzie można oglądać dzieła Jerzego Kuci i Ryszarda Czekały); otóż w czasach gdy kontakty widza z bardziej wyrafinowanymi przejawami tej sztuki są mocno limitowane – każda forma jej najpełniejszej prezentacji zasługuje na uznanie. Dzięki Etiudzie&Animie po raz pierwszy w Polsce odbył się konkurs animacji światowej tych rozmiarów. Na zamykającej imprezę konferencji prasowej dyrektor z goryczą wyznał z jak niebotycznym wysiłkiem wiązało się sfinalizowanie przedsięwzięcia. W ostatniej chwili wycofali się najważniejsi sponsorzy, w rezultacie organizatorzy dysponowali minimalnymi środkami finansowymi i to jedynie w 30% pochodzącymi ze źródeł polskich. Przeprosił też za drobne techniczne niedociągnięcia, pozostające w bezpośrednim związku z tą sytuacją. Stwierdził, że ambicja nadrobienia zaległości w kontaktach ze światem (starano się sprowadzić wartościowe filmy powstałe w ciągu 4 ostatnich lat) mogła zaciążyć nie tyle jakościowo, co ilościowo na preselekcji, w której ramach z 450 nadesłanych produkcji wybrano 135. Ale i tak za sensem imprezy przemawia argument młodej publiczności, wypełniającej wielka salę kina „Kijów”.”


Jerzy Armata, Animowany korowód trwa, „Kino” 2009, nr 1, s. 33.

„Organizowana od 1994 roku Etiuda&Anima poświęcona jest prezentacji i podsumowaniu twórczości studentów szkół filmowych i artystycznych z całego świata. W roku 2005 festiwal poważnie rozszerzył zasięg programowy, dodając do konkursu etiud studenckich drugi konkurs, obejmujący filmy animowane, zrealizowane zarówno przez studentów, jak i profesjonalnych twórców. Tegoroczna edycja miała szczególny charakter, zwłaszcza w części poświęconej animacji, gdyż rok 2008 Polski Instytut Sztuki Filmowej ogłosił rokiem rodzimej animacji. (…)
  Z powodu jubileuszu program tegorocznych imprez towarzyszących był niezwykle obfity, atrakcyjny i urozmaicony. Zaprezentowano kanon animacji nowego stulecia, 10 najlepszych filmów animowanych z muzyką Normanda Rogera (w wyborze osobistym kompozytora), filmy z muzyką krakowskich kompozytorów (Krzysztof Penderecki, Zygmunt Konieczny, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Marek Wilczyński, Józef Rychlik i in.). 10 najlepszych debiutów w historii polskiej animacji, inspiracje polskie w twórczości braci Quay. Szczególnym powodzeniem cieszyły się autoportrety znanych twórców animacji, m.in. Michaeli Pavlatovej, Aleksandry Korejwo, Gerrita van Dijka, podczas których artyści sami prezentowali swoje filmy, urozmaicając projekcje animacją na żywo. Zwłaszcza efektowny okazał się animowany show w wykonaniu Mariusza Wilczyńskiego i towarzyszącego mu multiinstrumentalisty Włodzimierza Kiniorskiego. Filmowe projekcje uzupełniła konferencja naukowa „Polska animacja w oczach krytyki światowej”, z udziałem m.in. prof. Suzanne Buchan (Wielka Brytania), Sayoko Kinoshity (Japonia), prof. Paula Wellsa (Wielka Brytania) i Anji Ellenberger (Niemcy).
  Ale najbardziej efektowny był początek, czyli Korowód Polskiej Animacji – z ulicy Kanoniczej, przy której mieściło się niegdyś słynne Studio Filmów Animowanych, do kina „Kijów”, pełniącego funkcję festiwalowego centrum. W ulicznym happeningu Jerzego Kaliny, w którym uczestniczyli twórcy i fani ich twórczości, a także przypadkowi przechodnie, tzw. burłacy animacji ciągnęli ruchomy ekran, na którym można było obejrzeć arcydzieła polskiego kina animowanego. Rytm pochodu wyznaczała prowadzona przez Marka Wilczyńskiego Orkiestra Dęta Tramwajarzy, w której repertuarze dominował motyw przewodni z filmu „Jak działa jamniczek” Juliana Józefa Antonisza, a uczestnicy pochodu wznosili okrzyki typu: Ryszard Czekała to nasza chluba i chwała.”


Jerzy Armata, Kolekcjonerzy Jabberwockych, „Kino” 2011, nr 1, s. 34 – 35.

„Tegoroczna edycja Animy rozpoczęła się nietypowo, bo od ogłoszenia… wyników. Nie o konkurs – oczywiście – chodzi, ale o plebiscyt zorganizowany z okazji 50-lecia Międzynarodowego Stowarzyszenia Filmu Animowanego (ASIFA). Głosami 25 ekspertów z całego świata wyłoniona została pięćdziesiątka najlepszych animacji ostatniego pięćdziesięciolecia. Podczas wyboru ekspertów dbałem o reprezentatywność całego środowiska. Pojawili się więc reprezentanci od Brazylii do Japonii, od Kanady do Nowej Zelandii, chociaż najwięcej jest oczywiście Europejczyków, staraliśmy się jednak zachować odpowiednie proporcje, mogę dać przykład: jest dwóch ekspertów z Polski przy równoczesnym udziale czwórki Brytyjczyków – mówi Zmudziński, pomysłodawca plebiscytu „50 na 50” i jeden z jego polskich uczestników (drugim był Marcin Giżycki).
  Zwyciężyły „Wymiary dialogu” („Možnosti dialogu”, CSRS 1982) Jana Švankmajera przed „Bajką bajek” („Skazka skazok”, ZSRR 1979) Jurija Norsteina, „Ręką” („Ruka”, CSRS 1965) Jiříego Trnki, polskim „Tangiem” (1980) Zbigniewa Rybczyńskiego oraz zainspirowaną twórczością Brunona Schulza „Ulicą krokodyli” („The Street of Crocodiles”, Wielka Brytania 1986) braci Quay. Drugą część pierwszej dziesiątki wypełniły: „Harpia” („Harpya”, Belgia 1978) Raoula Servaisa, “Człowiek, który sadził drzewa” („L’Homme qui plantait des arbres”, Kanada 1987), reż. Frédérica Backa, “Strojenie instrumentów” (2000) Jerzego Kuci, „Ulica” („The Sreet, Kanada 1976”) Caroline Leaf oraz „Ryan” (Kanada 2004) Chrisa Landretha. Spośród naszych animacji w pierwszej pięćdziesiątce znalazły się jeszcze: „Labirynt” (1962) Jana Lenicy – na 23 miejscu, „Refleksy” (1979) Jerzego Kuci – na 30, „Apel” (1970) Ryszarda Czekały – na 48 i „Franz Kafka” (1981) Piotra Dumały zamykający stawkę.
  Natychmiast w festiwalowych kuluarach zaczęła krążyć lista pokrzywdzonych. Umieściłem na niej : „Łagodną” Piotra Dumały, po jednej wczesnej animacji Waleriana Borowczyka, Daniela Szczechury i Witolda Giersza, „Metamorfozę Pana Samsy” Caroline Leaf, a – nade wszystko – „Żółtą łódź podwodną” George’a Dunninga (pośród 237 tytułów, które znalazły się na liście finalnej, czyli pretendowały do pierwszej pięćdziesiątki zestawienia, nie było żadnego filmu pełnometrażowego!).”


Jacek Dembosz, „Etiuda&Anima”. Powrót do przyszłości, „Wiadomości ASP w Krakowie” 2012, nr 56, s. 73 – 75.

„Lata 70. ubiegłego wieku były niezwykle żywotne dla studenckiego filmu. Głód filmu, młodzieńczy bunt, chęć zmieniania świata na lepsze spowodowały wykwit studenckich klubów filmowych, wśród których do najsłynniejszych należały: toruńska Pętla, krakowskie: STKF, Studio 202 przy UJ i Omak przy AGH, warszawska Stodoła, wrocławski Pałacyk i bydgoski Benefis. Studenci z różnych ośrodków zaciekle rywalizowali i konfrontowali swoje dokonania (słynne były festiwalowe pojedynki krakowskiego Omaku z warszawską stodołą – wygrywał przeważnie ten pierwszy). W latach 1971 – 1980 odbyło się siedem (pierwotnie pod nazwą „ogólnopolskie”) studenckich festiwali filmowych (Toruń 1971, Bydgoszcz 1972, Wrocław 1973, Kraków 1974, Bydgoszcz 1975 i 1978, na koniec Kraków 1980). W tamtych czasach istniały tylko dwa osobne nurty filmu studenckiego, amatorski (jakbyśmy dziś powiedzieli: niezależny) w powiązaniu z różnymi uczelniami i profesjonalny w postaci realizowanych ćwiczeń szkolnych w PWSFTviT z miasta Łodzi. Studenci obydwu tych kierunków nie współpracowali ze sobą.”Łodzianie” spoglądali z wyższością na filmowe pospolite ruszenie, chociaż tzw. amatorzy zasilali później we własnych osobach łódzką szkołę. Wielu polskich sławnych reżyserów miało pierwszy kontakt z taśmą filmową właśnie w studenckich klubach filmowych. Student-filmowiec był w jednej osobie: scenarzystą, operatorem, reżyserem, oświetleniowcem, dźwiękowcem, montażystą, a nierzadko i aktorem. Wszystko robiono w pojedynkę lub z pomocą garstki przyjaciół. Dzisiaj zdumienie budzi lista osób zaangażowanych przy realizacji jednego krótkiego filmu. Dziesiątki osób.
Z początkiem lat 80. monopol szkoły łódzkiej został przełamany (i na szczęście) przez utworzenie kierunku filmowego przy Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Trafili tam także studenci z Pracowni Filmowej. Dostali się pod skrzydła świetnych wykładowców (Jurgi, Kieślowskiego, Żebrowskiego, Dziworskiego, Kutza i Helman), Uzupełnieniem wiedzy o filmie były cieszące się ogromnym powodzeniem Dyskusyjne Kluby Filmowe – miejsca, gdzie można było zobaczyć najwartościowsze dokonania kina światowego (w Krakowie DKF-ów było osiem, m.in. kino Sztuka, któremu patronował dr Zbigniew Wyszyński, i Rotunda właśnie).
  W siermiężnych czasach PRL-u nie organizowało się w kraju międzynarodowych festiwali filmów studenckich, skuteczną zaporą była odmienność ideologiczna i wszechobecna cenzura. Tylko raz, w 1973 r., klub Omak uczestniczył w światowym festiwalu Cinestud ’73 w Amsterdamie.
  Zasadnicza różnica pomiędzy tamtymi studenckimi festiwalami a obecnymi polega na tym, że przedtem filmy kręcili studenci z różnych uczelni, nie ze szkół filmowych, bo tych nie było (nie licząc PWSFTviT w Łodzi, która to szkoła w festiwalach nie uczestniczyła). Dzisiaj jest to przegląd filmów adeptów szkół filmowych, których w Polsce powstało kilka. Plus te z zagranicy. Także liczba różnych festiwali wzrosła przeogromnie, nie będę ich wymieniał, bo zajęłoby to zbyt wiele miejsca).
  Ludzie, którzy przed laty trzymali w rękach kamerę, uważają, że film skończył się w latach 80., przynajmniej jego nurt intelektualny – poszukiwania mające za cel głębsze treści. Dzisiaj cenzurę polityczną zastąpiła autocenzura. Od autorów filmów wymaga się przystosowania do obowiązujących prądów, przypodobania się władzy liberalno-komercyjnej etc. U producentów nie ma zapotrzebowania na twórczość intelektualną. Wszyscy są ofiarami bardzo subtelnie przeprowadzanej manipulacji. Dlatego główna wartość festiwalu takiego jak „Etiuda&Anima” polega na tym, że podejmuje, lub stara się podejmować, szlachetny trud pobudzania potrzeb intelektualnych poprzez umożliwienie autorom i widzom dostępu do kina (w miarę) niezależnego. W każdym razie jeszcze na etapie stawiania pierwszych kroków przez adeptów filmowania, zanim pochłonie ich komercja.”


Hanna Margolis, Nieważne jak, ale o czym, „Kino” 2013, nr 1, s. 52.

„W czasach PRL rozmaite instytucje, kluby, w tym filmowe, galerie, itp., były przestrzenią, gdzie lokowało się wiele elitarnych wydarzeń wysokiej kultury, często nawiązujących do ówczesnych najświeższych zagranicznych trendów kulturowych.
  Krakowski festiwal Etiuda&Anima jest wydarzeniem, które można uznać za obraz swoistego pomostu pomiędzy niegdysiejszą wysoką kulturą a współczesnością. Z jednej strony to w najlepszym tego słowa znaczeniu relikt kultury studenckiej czasów PRL; festiwal był pierwotnie przeglądem etiud studenckich przy Krakowskim Festiwalu Filmowym. Przegląd etiud organizowano w Akademickim Centrum Kultury „Rotunda” przy domu studenckim „Żaczek”. Do dziś odbywa się w tym samym miejscu, mimo rosnącej z roku na rok liczby wydarzeń i coraz liczniejszych gości, zachował kameralny charakter, świetnie odnalazł się i uplasował w dyskursie współczesnej kultury.
  Formuła Etiudy&Animy to nieczęsty w Polsce przypadek edukacyjnego festiwalu o charakterze warsztatowym. Bowiem o wiele prościej (i taniej) zorganizować można festiwal pomyślany po prostu jako projekcje filmów z ewentualnymi spotkaniami z wybranymi twórcami i bankietem w tle, niż opracować, wyprodukować i obsłużyć festiwal mający być polem spotkań przede wszystkim studentów, ich pedagogów, twórców profesjonalnych, krytyków i publiczności, w ramach którego projekcje filmowe często są tylko bazą dla właściwej pracy.”


Nisza przede wszystkim. Maciej Gil w rozmowie z Rafałem Pawłowskim, „Ekrany” 2013, nr 3-4 (13-14), s. 21.

Rafał Pawłowski: Przez ostatnie kilkanaście lat byliśmy świadkami licznych przewartościowań pośród polskich festiwali. Niektóre imprezy z tradycjami, takie jak np. Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie, straciły na znaczeniu. Inne zyskały wręcz miano kultowych.

Maciej Gil: Lubuskie Lato Filmowe ma już chyba znaczenie jedynie towarzyskie, i to wąskie. Szkoda, bo to nadzwyczajnie zasłużona impreza, jeszcze niedawno z potencjałem, jak sądzę. Chciałbym, żeby się odrodziła. Podobnie jak chciałbym, by bardziej doceniano jeden z najbardziej – moim zdaniem – kompetentnie programowanych festiwali, czyli Międzynarodowy Festiwal Filmowy Etiuda&Anima. To on obok żywotnego nestora, czyli Krakowskiego Festiwalu Filmowego, i słabnącego ostatnio Ogólnopolskiego Festiwalu Autorskich Filmów Animowanych, czyni z Krakowa stolicę krótkich form filmowych.”